W końcu nadszedł czas, że chcąc czy nie chcąc, musiałem pójść na radę. W dużej sali konferencyjnej siedziała już większość głównodowodzących; dla mnie wyglądało to niczym zlot emerytów. Zająłem swoje miejsce, zaraz lekko osuwając się na krześle i krzyżując ręce na torsie.
Głos zabrał przewodniczący; facet grubo po sześćdziesiątce, z brzuchem jakby nosił tam dziecko. Wziął wskaźnik do ręki i rozwinął mapę, na której wskazał USA.
- Według danych, jakie nam przekazało centrum badawcze, największe skażenie jest w USA. Zaraz zresztą przyjdzie jeden z naukowców i powie nam coś więcej odnośnie stanu powierzchni - powiedział niskim głosem.
Zapadła cisza. Wszyscy ze znużeniem oczekiwali na naukowca, który się spóźniał. W pewnym momencie do sali wpadł poznany przeze mnie wcześniej, niebieskowłosy badacz; pod pachą trzymał plik dokumentów.
- Dzień dobry - przywitał się szybko, stając obok mapy, której się uważnie przyjrzał. - Zatem... W najlepszym stanie znajdują się aktualnie kraje skandynawskie. Tam promieniowanie nie jest tak duże, jednak wciąż zbyt wysokie, aby je zasiedlić. Najgorzej z kolei jest w USA... Usuwanie skutków tej katastrofy w najlepszym wypadku zajmie ponad dwieście lat.
W sali rozbrzmiała fala szeptów. Przez krótką chwilę nawiązałem kontakt wzrokowy z Vincentem; wydawał się być nieco zakłopotany. Teraz nadejdzie chwila mini-buntu, kiedy to głównodowodzący zaczną mu wrzucać, że siedzą na dupie i nic nie robią.
- Dwieście lat?! Za co my wam płacimy?! Non stop wmawiacie nam, że robicie postępy, a wygląda na to, że jest coraz gorzej! Na poprzedniej radzie usłyszeliśmy, że sto pięćdziesiąt lat to maksimum! A teraz nagle dwieście?! - warknął jeden z nich, pięścią uderzając w stół.
- Poprzednio nie wiedzieliśmy, w jak złym stanie jest Ameryka... Bez niej oszczędzilibyśmy naprawdę dużo czasu - mruknął badacz.
- To może ją zostawmy - wywrócił oczami inny staruch.
- Nawet gdybyśmy oczyścili cały glob, a pozostawili tylko Amerykę, ten stan rzeczy utrzymałby się maksymalnie jeden dzień, bo promieniowanie od niej szybko by się rozprzestrzeniło - powiedział twardo Vincent.
Rada zamilkła, prostując się w fotelach. Mężczyzna poprawił biały fartuch, zaraz znowu wbijając wzrok w mapę.
- W zasadzie to wszystko, o czym musiałem oficjalnie poinformować. Reszta zawarta jest w dokumentach, których kopię zaraz każdemu przekażę - poinformował niebieskowłosy, otwierając teczkę wypchaną papierami.
Zaczął chodzić po sali, każdemu wręczając egzemplarz dokumentu. Gdy doszedł do mnie, westchnął cicho, wciskając mi do dłoni kartkę. Uśmiechnąłem się delikatnie, lekko przymykając oczy.
- Dziękuję - powiedziałem, opierając brodę na dłoni. - Tęskniłeś za mną tak bardzo, że postanowiłeś reprezentować badaczy na radzie?
- Jesteś degustujący - powiedział mężczyzna, zupełnie niewzruszony.
Badacz oddalił się, rozdając dokumencie pozostałym; zostawił mnie całkowicie skołowanego. Jak... Jak on śmiał coś takiego do mnie powiedzieć?! Nie ujdzie mu to na sucho, jeszcze tego dopilnuję!
Po godzinie rada dobiegła końca. Wszyscy głównodowodzący ulotnili się dosyć szybko, pozostawiając mnie i Vincenta samego w wielkiej sali. Właśnie porządkował papiery, pakując je do teczki. Podszedłem do niego, wciąż wściekły za to, jak mnie potraktował; uderzyłem pięścią w biurko, gromiąc go spojrzeniem.
- Dopilnuję, żeby Cię wypieprzyli z instytutu na zbity pysk - warknąłem.
Vincent?
0
Prześlij komentarz