W końcu nadszedł czas, że chcąc czy nie chcąc, musiałem pójść na radę. W dużej sali konferencyjnej siedziała już większość głównodowodzących; dla mnie wyglądało to niczym zlot emerytów. Zająłem swoje miejsce, zaraz lekko osuwając się na krześle i krzyżując ręce na torsie.
Głos zabrał przewodniczący; facet grubo po sześćdziesiątce, z brzuchem jakby nosił tam dziecko. Wziął wskaźnik do ręki i rozwinął mapę, na której wskazał USA.
- Według danych, jakie nam przekazało centrum badawcze, największe skażenie jest w USA. Zaraz zresztą przyjdzie jeden z naukowców i powie nam coś więcej odnośnie stanu powierzchni - powiedział niskim głosem.
Zapadła cisza. Wszyscy ze znużeniem oczekiwali na naukowca, który się spóźniał. W pewnym momencie do sali wpadł poznany przeze mnie wcześniej, niebieskowłosy badacz; pod pachą trzymał plik dokumentów.
- Dzień dobry - przywitał się szybko, stając obok mapy, której się uważnie przyjrzał. - Zatem... W najlepszym stanie znajdują się aktualnie kraje skandynawskie. Tam promieniowanie nie jest tak duże, jednak wciąż zbyt wysokie, aby je zasiedlić. Najgorzej z kolei jest w USA... Usuwanie skutków tej katastrofy w najlepszym wypadku zajmie ponad dwieście lat.
W sali rozbrzmiała fala szeptów. Przez krótką chwilę nawiązałem kontakt wzrokowy z Vincentem; wydawał się być nieco zakłopotany. Teraz nadejdzie chwila mini-buntu, kiedy to głównodowodzący zaczną mu wrzucać, że siedzą na dupie i nic nie robią.
- Dwieście lat?! Za co my wam płacimy?! Non stop wmawiacie nam, że robicie postępy, a wygląda na to, że jest coraz gorzej! Na poprzedniej radzie usłyszeliśmy, że sto pięćdziesiąt lat to maksimum! A teraz nagle dwieście?! - warknął jeden z nich, pięścią uderzając w stół.
- Poprzednio nie wiedzieliśmy, w jak złym stanie jest Ameryka... Bez niej oszczędzilibyśmy naprawdę dużo czasu - mruknął badacz.
- To może ją zostawmy - wywrócił oczami inny staruch.
- Nawet gdybyśmy oczyścili cały glob, a pozostawili tylko Amerykę, ten stan rzeczy utrzymałby się maksymalnie jeden dzień, bo promieniowanie od niej szybko by się rozprzestrzeniło - powiedział twardo Vincent.
Rada zamilkła, prostując się w fotelach. Mężczyzna poprawił biały fartuch, zaraz znowu wbijając wzrok w mapę.
- W zasadzie to wszystko, o czym musiałem oficjalnie poinformować. Reszta zawarta jest w dokumentach, których kopię zaraz każdemu przekażę - poinformował niebieskowłosy, otwierając teczkę wypchaną papierami.
Zaczął chodzić po sali, każdemu wręczając egzemplarz dokumentu. Gdy doszedł do mnie, westchnął cicho, wciskając mi do dłoni kartkę. Uśmiechnąłem się delikatnie, lekko przymykając oczy.
- Dziękuję - powiedziałem, opierając brodę na dłoni. - Tęskniłeś za mną tak bardzo, że postanowiłeś reprezentować badaczy na radzie?
- Jesteś degustujący - powiedział mężczyzna, zupełnie niewzruszony.
Badacz oddalił się, rozdając dokumencie pozostałym; zostawił mnie całkowicie skołowanego. Jak... Jak on śmiał coś takiego do mnie powiedzieć?! Nie ujdzie mu to na sucho, jeszcze tego dopilnuję!
Po godzinie rada dobiegła końca. Wszyscy głównodowodzący ulotnili się dosyć szybko, pozostawiając mnie i Vincenta samego w wielkiej sali. Właśnie porządkował papiery, pakując je do teczki. Podszedłem do niego, wciąż wściekły za to, jak mnie potraktował; uderzyłem pięścią w biurko, gromiąc go spojrzeniem.
- Dopilnuję, żeby Cię wypieprzyli z instytutu na zbity pysk - warknąłem.
Vincent?
testovvo
27.1.17
26.1.17
Od Michael'a do Vincent'a
- Jeszcze nie omówiliśmy nawet połowy - burknął kujon; widać było, że moje towarzystwo mu nie odpowiada.
- I nie musimy - odparłem, nachylając się nad kotem. - Wpuszczacie tu koty? Chociaż... Skoro mnie ani razu nie wylegitymowali, to każdy tu może raczej wejść, nawet wielbłąd - uśmiechnąłem się szyderczo; bezpieczeństwo nie stoi tutaj na wysokim poziomie.
- Myślę, że ludzie chcieliby powrócić na powierzchnię. A żeby to zrobić, muszą dać nam pracować - syknął Vincent, podchodząc do jednego z biurek.
Wyraźnie już poirytowany mężczyzna powiódł wzrokiem po kartce, którą trzymał w ręku. Zmarszczył brwi, po chwili na mnie zerkając.
- Według danych wyginęło 39% gatunków, w tym 86% było zagrożone wyginięciem...
- Czyli wyginęły, tak jak było w planie. Daleej - jęknąłem, siadając na blacie jednego z biurek. - I szybciej, nie chcę tutaj spędzić tygodnia.
Mężczyzna zmarszczył brwi, układając palce u nasady nosa i zamykając przy tym oczy; opuścił dłoń, w której trzymał kartkę z danymi. Chyba miał mnie dosyć, cóż... Zdarza się. Bez słowa zszedłem z blatu i podążyłem do drzwi. Vincent odłożył szybko arkusz papieru i dołączył do mnie, zaraz łapiąc za moje ramię.
- Jeszcze nie skończyliśmy...
- Ja skończyłem. Idę na kawę, idziesz ze mną? - uniosłem brew, przystając na moment.
- Jesteś skrajnie nieodpowiedzialny - stwierdził Vincent.
- Wiem o tym. To idziesz?
Badacz skinął głową z westchnieniem. Zaraz obok instytutu mieściła się mała kawiarnia, w której serwowali rzekomo wyborne ciasta. Poszedłem w tamtą stronę, nie interesując się, czy jajogłowy wciąż za mną podąża.
Wnętrze było urządzone w dosyć babcinym stylu. Na okrągłych stolikach mieściły się kraciaste ceraty, w rogu stała biblioteczka ze sporą ilością książek oraz miękki fotel; ściany były koloru jasnej czerwieni, a zdobiły ją małe obrazki zwierząt. Zasiadłem przy oknie; jak się okazało, naukowiec przybył tu razem ze mną. Zapowiada się więc bardzo ciekawa konwersacja. Usiadł na przeciw, niepewnie się rozglądając. Ja tymczasem złapałem za kartę, zaraz odnajdując pozycję, która mnie zadowoli.
- Co bierzesz? - spytałem, chcąc jakoś rozpocząć dialog. - Podobno mają zajebiste ciasta... Ja wezmę blok czekoladowy i kawę.
- Mh.. Szarlotkę i kawę.
Skinąłem głową i podszedłem do lady; zamówiłem to, co wybraliśmy, po czym wróciłem do stolika. Ugh, czy to nie on powinien zamówić coś dla mnie?
- Czy możemy już kontynuować raport? - zapytał nagle.
- Coo? Nie przyszedłem tutaj słuchać Twojego przynudzania, Vin - słysząc ksywkę, mężczyzna skrzywił się nieco. - Chcę odpocząć i zrelaksować się przed zebraniem, nie psuj mi już nastroju, jest dostatecznie zjebany.
Vincent?
- I nie musimy - odparłem, nachylając się nad kotem. - Wpuszczacie tu koty? Chociaż... Skoro mnie ani razu nie wylegitymowali, to każdy tu może raczej wejść, nawet wielbłąd - uśmiechnąłem się szyderczo; bezpieczeństwo nie stoi tutaj na wysokim poziomie.
- Myślę, że ludzie chcieliby powrócić na powierzchnię. A żeby to zrobić, muszą dać nam pracować - syknął Vincent, podchodząc do jednego z biurek.
Wyraźnie już poirytowany mężczyzna powiódł wzrokiem po kartce, którą trzymał w ręku. Zmarszczył brwi, po chwili na mnie zerkając.
- Według danych wyginęło 39% gatunków, w tym 86% było zagrożone wyginięciem...
- Czyli wyginęły, tak jak było w planie. Daleej - jęknąłem, siadając na blacie jednego z biurek. - I szybciej, nie chcę tutaj spędzić tygodnia.
Mężczyzna zmarszczył brwi, układając palce u nasady nosa i zamykając przy tym oczy; opuścił dłoń, w której trzymał kartkę z danymi. Chyba miał mnie dosyć, cóż... Zdarza się. Bez słowa zszedłem z blatu i podążyłem do drzwi. Vincent odłożył szybko arkusz papieru i dołączył do mnie, zaraz łapiąc za moje ramię.
- Jeszcze nie skończyliśmy...
- Ja skończyłem. Idę na kawę, idziesz ze mną? - uniosłem brew, przystając na moment.
- Jesteś skrajnie nieodpowiedzialny - stwierdził Vincent.
- Wiem o tym. To idziesz?
Badacz skinął głową z westchnieniem. Zaraz obok instytutu mieściła się mała kawiarnia, w której serwowali rzekomo wyborne ciasta. Poszedłem w tamtą stronę, nie interesując się, czy jajogłowy wciąż za mną podąża.
Wnętrze było urządzone w dosyć babcinym stylu. Na okrągłych stolikach mieściły się kraciaste ceraty, w rogu stała biblioteczka ze sporą ilością książek oraz miękki fotel; ściany były koloru jasnej czerwieni, a zdobiły ją małe obrazki zwierząt. Zasiadłem przy oknie; jak się okazało, naukowiec przybył tu razem ze mną. Zapowiada się więc bardzo ciekawa konwersacja. Usiadł na przeciw, niepewnie się rozglądając. Ja tymczasem złapałem za kartę, zaraz odnajdując pozycję, która mnie zadowoli.
- Co bierzesz? - spytałem, chcąc jakoś rozpocząć dialog. - Podobno mają zajebiste ciasta... Ja wezmę blok czekoladowy i kawę.
- Mh.. Szarlotkę i kawę.
Skinąłem głową i podszedłem do lady; zamówiłem to, co wybraliśmy, po czym wróciłem do stolika. Ugh, czy to nie on powinien zamówić coś dla mnie?
- Czy możemy już kontynuować raport? - zapytał nagle.
- Coo? Nie przyszedłem tutaj słuchać Twojego przynudzania, Vin - słysząc ksywkę, mężczyzna skrzywił się nieco. - Chcę odpocząć i zrelaksować się przed zebraniem, nie psuj mi już nastroju, jest dostatecznie zjebany.
Vincent?
26.1.17
Od Michael'a do Vincent'a
Dzisiaj był ten dzień. Jeden z tych, kiedy mam ochotę rzucić się z mostu tylko po to, aby uniknąć kolejnego zgromadzenia głównodowodzących. Rada składająca się niemal w całości ze starych, zgorzkniałych pierdzieli, dyskutujących na temat wydostania się na powierzchnię; chyba sądzą, że gadając o tym tak często, przyspieszą cały proces. Ich drugim ulubionym zajęciem jest uprzykrzanie mi życia, non stop powierzając mi nadzorowanie grupy badawczej; warto wspomnieć, że znam się na tym co robią tak samo dobrze, jak na balecie - czyli w ogóle.
Przyszedłem więc; zastałem zbiorowisko nudziarzy w białych fartuchach, siedzących w nosem w notatkach, mikroskopach i innych rzeczach, których nawet nie potrafię fachowo nazwać. Westchnąłem ciężko, czekając na badacza, który miał mnie wdrożyć w to, co aktualnie robią. Czyli ciągle to samo, w zasadzie.
Z naprzeciwka zaczął zbliżać się do mnie wysoki mężczyzna o wyjątkowo intrygującym kolorze włosów; gdy stanął obok, dostrzegłem, że jego oczy są równie ciekawej barwy. W ręku trzymał małą teczkę, którą bez słowa otworzył, zaraz wskazując mi jedną z kilkudziesięciu linijek tekstu.
- Udało nam się odkryć, że czynnik A ma zdolność do absorbowania małej części promieniowania. Pracujemy teraz nad skutecznym sposobem jego syntezy; niestety, prawdopodobnie będzie go jednak zbyt mało, aby zneutralizować chociaż 10% promieniowania na powierzchni... Wciąż próbujemy znaleźć coś lepszego - niemal wyrecytował nieznajomy; widać było, że powtarzał to już chyba setny raz. - Jestem Vincent Winchester, powierzono mi zajęcie się panem dzisiaj...
- Nie mów do mnie per "pan". Nie jestem takim starym, obleśnym piernikiem jak reszta rady... - prychnąłem, krzyżując ręce na torsie. - Pewnie jestem młodszy od Ciebie.
- ... Niewykluczone - przyznał Vincent, zamykając teczkę. - Mamy ponad dwie godziny do rozpoczęcia się rady. Mam nadzieję, że zdążę pokazać najistotniejsze... Proszę za mną.
Vincent zaczął prowadzić mnie przez wąski korytarz; z poprzednich odwiedzin tutaj pamiętam, że prowadzi on do hali, w której pracują nad ulepszeniem skafandrów dla osób, które od czasu do czasu wychodzą na powierzchnię, w celu pobrania próbek. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami zrobionymi ze szkła pancernego; obok znajdowała się mała klawiatura na podeście. Badacz wprowadził dosyć długi szyfr, po którym nastąpił krótki sygnał dźwiękowy i otwarcie drzwi.
Poszedłem za nim schodami w dół, przy okazji obserwując, jak ludzie odziani w zmechanizowane skafandry potrafią unieść palety wypełnione ciężarkami do sztang.
- Udało nam się zmniejszyć masę skafandrów o 24%, jednocześnie zwiększając siłę szkieletu o 8%. Aktualnie człowiek w skafandrze może podnieść przedmioty o masie do siedmiu ton. Powyżej niej następuje przegrzanie, nad czym wciąż pracujemy... - powiedział Vincent, kładąc dłoń na pewnym obiekcie. - Stworzyliśmy prototyp zbroi całkowicie odpornej na promieniowanie. Niestety, jest zbyt ciężka, aby ktokolwiek ją założył.
- Ile waży? - spytałem; rzeczywiście, przedmiot nieco przypominał zbroję.
- Czternaście ton - odparł, przechodząc dalej.
- Rzeczywiście, odrobinę ciężka - mruknąłem. - Błagam, nie oprowadzaj mnie po tym wszystkim... Ich i tak gówno obchodzi ten cały postęp, byle kasa leciała.
Vin?
Przyszedłem więc; zastałem zbiorowisko nudziarzy w białych fartuchach, siedzących w nosem w notatkach, mikroskopach i innych rzeczach, których nawet nie potrafię fachowo nazwać. Westchnąłem ciężko, czekając na badacza, który miał mnie wdrożyć w to, co aktualnie robią. Czyli ciągle to samo, w zasadzie.
Z naprzeciwka zaczął zbliżać się do mnie wysoki mężczyzna o wyjątkowo intrygującym kolorze włosów; gdy stanął obok, dostrzegłem, że jego oczy są równie ciekawej barwy. W ręku trzymał małą teczkę, którą bez słowa otworzył, zaraz wskazując mi jedną z kilkudziesięciu linijek tekstu.
- Udało nam się odkryć, że czynnik A ma zdolność do absorbowania małej części promieniowania. Pracujemy teraz nad skutecznym sposobem jego syntezy; niestety, prawdopodobnie będzie go jednak zbyt mało, aby zneutralizować chociaż 10% promieniowania na powierzchni... Wciąż próbujemy znaleźć coś lepszego - niemal wyrecytował nieznajomy; widać było, że powtarzał to już chyba setny raz. - Jestem Vincent Winchester, powierzono mi zajęcie się panem dzisiaj...
- Nie mów do mnie per "pan". Nie jestem takim starym, obleśnym piernikiem jak reszta rady... - prychnąłem, krzyżując ręce na torsie. - Pewnie jestem młodszy od Ciebie.
- ... Niewykluczone - przyznał Vincent, zamykając teczkę. - Mamy ponad dwie godziny do rozpoczęcia się rady. Mam nadzieję, że zdążę pokazać najistotniejsze... Proszę za mną.
Vincent zaczął prowadzić mnie przez wąski korytarz; z poprzednich odwiedzin tutaj pamiętam, że prowadzi on do hali, w której pracują nad ulepszeniem skafandrów dla osób, które od czasu do czasu wychodzą na powierzchnię, w celu pobrania próbek. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami zrobionymi ze szkła pancernego; obok znajdowała się mała klawiatura na podeście. Badacz wprowadził dosyć długi szyfr, po którym nastąpił krótki sygnał dźwiękowy i otwarcie drzwi.
Poszedłem za nim schodami w dół, przy okazji obserwując, jak ludzie odziani w zmechanizowane skafandry potrafią unieść palety wypełnione ciężarkami do sztang.
- Udało nam się zmniejszyć masę skafandrów o 24%, jednocześnie zwiększając siłę szkieletu o 8%. Aktualnie człowiek w skafandrze może podnieść przedmioty o masie do siedmiu ton. Powyżej niej następuje przegrzanie, nad czym wciąż pracujemy... - powiedział Vincent, kładąc dłoń na pewnym obiekcie. - Stworzyliśmy prototyp zbroi całkowicie odpornej na promieniowanie. Niestety, jest zbyt ciężka, aby ktokolwiek ją założył.
- Ile waży? - spytałem; rzeczywiście, przedmiot nieco przypominał zbroję.
- Czternaście ton - odparł, przechodząc dalej.
- Rzeczywiście, odrobinę ciężka - mruknąłem. - Błagam, nie oprowadzaj mnie po tym wszystkim... Ich i tak gówno obchodzi ten cały postęp, byle kasa leciała.
Vin?
25.1.17
Michael Woods
Imię: Michael, żadnej ksywki jeszcze nie dostał; kto wie, może to kwestia czasu;
Nazwisko: Woods;
Płeć: mężczyzna;
Wiek i data urodzenia: 20 lat, 19 grudnia;
Orientacja: biseksualny;
Sympatia: Zwykle ludzie go unikają, toteż nie ma w kim się zakochać. Trochę mu z tego powodu przykro;
Rodzina: Michael jest jedynakiem, jego rodzice dożyli spokojnej starości w Chikagai;
Zajęcie: Zasiada w radzie głównodowodzących. W gruncie rzeczy niezbyt chciał się w niej znaleźć, jednak ojciec nalegał - sam w niej zasiadał, gdy jego syn był jeszcze mały. Nie miał serca odmówić starzejącemu się ojcu, który był bardzo szczęśliwy, gdy jego pierworodnego przyjęto do rady jako najmłodszego, odkąd powstała;
Aparycja: Michael ma 184 cm wzrostu, zatem nie jest jakoś mega wysoki. Jest szczupły, a przez lenistwo nigdy nie wyrobił sobie upragnionej, wysportowanej sylwetki. Ma bardzo jasną cerę i szlachetne rysy twarzy, czego dopełniają oczy złotego koloru. Jego włosy są koloru płowego brązu. Na dłoni ma małą bliznę po zadrapaniu kota, a na obojczyku znamię. W najbliższym czasie planuje zrobić sobie tatuaż na lewej łopatce, ale jeszcze nie wie, co miałby przedstawiać.
Charakter: Michael wyrósł na wyjątkowo aroganckiego człowieka. Szczerze gdzieś ma czy czegoś od niego oczekujesz; dopóki samemu nie zobaczy w tym korzyści dla siebie, nie ma mowy, aby to zrobił.
Jest raczej nieczuły na krzywdę innych, ba, nawet sprawia mu przyjemność, kiedy innym się nie powodzi.
Nienawidzi, gdy ktoś nie poświęca mu wystarczająco uwagi; jest wtedy rozdrażniony i wybitnie złośliwy. Prawdopodobnie to pozostałość z okresu dzieciństwa, gdy rodziców prawie przy nim nie było, gdyż poświęcali się pracy.
Większość ludzi trzyma na dystans, z obawy o swój komfort psychiczny.
Jest to wyjątkowo rozkapryszony i opryskliwy panicz. Wystarczy, aby z rana zabrakło jego ulubionej kawy, a nikt tego dnia nie zazna spokoju. Potrafi naskoczyć na kogoś, gdy sam na niego wpadnie; wyjątkowo dobrze idzie wmawianie mu, że coś jest Twoją winą, a nie jego.
Osobnik szczery do bólu, który największą tragedię uwielbia obracać w żart; na całe szczęście zrezygnował z zamiaru bycia lekarzem, bo po kilku pierwszych pacjentach już żaden by do jego gabinetu nie zawitał. Nieistotne, w jak złym stanie psychicznym znajduje się jego rozmówca, zawsze znajdzie choćby najdrobniejszy szczegół, aby na niego naskoczyć i tym samym dobić delikwenta.
Wbrew pozorom jest dosyć wrażliwy, choć nigdy nie zniży się do tego, aby to okazać. Gdy ktoś powie mu coś bolesnego, zaczyna przeżywać to dopiero w domowym zaciszu, tuląc do siebie prosiaczka i płacząc w poduszkę.
Miewa dni, kiedy wpada w huśtawkę nastrojów, niczym kobieta podczas okresu; rano będzie pełen życia, szczęśliwy ze wszystkiego, co go spotka, w południe zaś napadnie go chęć na smutne refleksje odnośnie życia, a wieczorem będzie miał myśli samobójcze, które przejdą mu, gdy tylko zje dużą pizzę.
Jest raczej nieczuły na krzywdę innych, ba, nawet sprawia mu przyjemność, kiedy innym się nie powodzi.
Nienawidzi, gdy ktoś nie poświęca mu wystarczająco uwagi; jest wtedy rozdrażniony i wybitnie złośliwy. Prawdopodobnie to pozostałość z okresu dzieciństwa, gdy rodziców prawie przy nim nie było, gdyż poświęcali się pracy.
Większość ludzi trzyma na dystans, z obawy o swój komfort psychiczny.
Jest to wyjątkowo rozkapryszony i opryskliwy panicz. Wystarczy, aby z rana zabrakło jego ulubionej kawy, a nikt tego dnia nie zazna spokoju. Potrafi naskoczyć na kogoś, gdy sam na niego wpadnie; wyjątkowo dobrze idzie wmawianie mu, że coś jest Twoją winą, a nie jego.
Osobnik szczery do bólu, który największą tragedię uwielbia obracać w żart; na całe szczęście zrezygnował z zamiaru bycia lekarzem, bo po kilku pierwszych pacjentach już żaden by do jego gabinetu nie zawitał. Nieistotne, w jak złym stanie psychicznym znajduje się jego rozmówca, zawsze znajdzie choćby najdrobniejszy szczegół, aby na niego naskoczyć i tym samym dobić delikwenta.
Wbrew pozorom jest dosyć wrażliwy, choć nigdy nie zniży się do tego, aby to okazać. Gdy ktoś powie mu coś bolesnego, zaczyna przeżywać to dopiero w domowym zaciszu, tuląc do siebie prosiaczka i płacząc w poduszkę.
Miewa dni, kiedy wpada w huśtawkę nastrojów, niczym kobieta podczas okresu; rano będzie pełen życia, szczęśliwy ze wszystkiego, co go spotka, w południe zaś napadnie go chęć na smutne refleksje odnośnie życia, a wieczorem będzie miał myśli samobójcze, które przejdą mu, gdy tylko zje dużą pizzę.
Zainteresowania: Interesuje się on astronomią, choć nigdy nie widział prawdziwego nieba na oczy. Pogłębia więc swą wiedzę na ten temat, czytając wiele książek.
Hobby: Jego hobby jest między innymi działanie na nerwy obcym ludziom, czego nie da się nie zauważyć. Oprócz tego lubi od czasu do czasu coś namalować, ewentualnie naszkicować coś, co znajduje się w zasięgu jego wzroku.
Umiejętności: Z Michaela wybitnie dobry obserwator; obserwując chociażby czyjeś ruchy, potrafi odczytać jego zamiary i uczucia. Oprócz tego chyba każdego może ograć w karty, co prawdopodobnie odziedziczył po mamusi.
Informacje dodatkowe:
- Uwielbia pizzę i sushi;
- Niezbyt przepada za swoją pracą;
- Często nosi granatową kurtkę oficerską widoczną na arcie;
- Ma w domu małą świnkę, która nosi imię Sally... Tak, jego rodzice nie wiedzieli co mają mu kupić na 15 urodziny, ale trafili w dziesiątkę;
- Prędzej Cię zadźga wykałaczką, niż pozbędzie się świnki;
- Ma przytulny domek z ogrodem;
- Nie słodzi napojów;
- Nienawidzi rodzynek;
- Dosyć często odwiedza stację badawczą, aby posiedzieć przy biurku, przy którym pracowała jego matka a on się bawił;
- Boi się psów;
- Leworęczny po tatusiu;
- Dosyć często odwiedza stację badawczą, aby posiedzieć przy biurku, przy którym pracowała jego matka a on się bawił;
- Boi się psów;
- Leworęczny po tatusiu;
Historia: Michael urodził się już w Chikagai. Jego matka była w grupie badawczej, zaś ojciec zasiadał w pierwotnej radzie głównodowodzących. Byli oni wiecznie zabiegani, zatem jako dziecko często bywał w domu sam, czasami mama zabierała go ze sobą do pracy, gdzie siedział przy jej biurku i malował farbkami plakatowymi, co potem przerodziło się w jego pierwsze hobby.
W szkole osiągał dobre wyniki, a najlepiej szła mu fizyka, dzięki której pokochał astronomię. Do dzisiaj fascynuje go ta dziedzina i jednym z jego marzeń jest zobaczyć prawdziwe niebo.
Michael nie dogadywał się z rówieśnikami. Był wobec nich opryskliwy, przez co unikali go jak ognia. Rodzice doskonale zdawali sobie z tego sprawę, chociaż sądzili, że ich syn wyrośnie z tego, jednak tak się nie stało.
Na piętnaste urodziny dostał od nich małą świnkę, która miała zastąpić mu przyjaciela; szybko się do niej przywiązał, zabierał ją ze sobą nawet do szkoły.
Gdy jego matka zmarła, ojciec pogrążył się w rozpaczy. Często zaglądał do kieliszka i opamiętał się dopiero gdy zauważył, że syn zaczyna nim gardzić. Jego ostatnią wolą było, aby Michael wstąpił do rady głównodowodzących, co też zrobił.
Od czasu śmierci ojca Michael ma oparcie jedynie w ukochanym zwierzaku. Współpracownicy cały czas kpią z niego i jego młodego wieku, za którym idzie zupełny brak doświadczenia. Mężczyzna wcale się tego nie wypiera, próbuje pomagać, jak tylko potrafi.
W szkole osiągał dobre wyniki, a najlepiej szła mu fizyka, dzięki której pokochał astronomię. Do dzisiaj fascynuje go ta dziedzina i jednym z jego marzeń jest zobaczyć prawdziwe niebo.
Michael nie dogadywał się z rówieśnikami. Był wobec nich opryskliwy, przez co unikali go jak ognia. Rodzice doskonale zdawali sobie z tego sprawę, chociaż sądzili, że ich syn wyrośnie z tego, jednak tak się nie stało.
Na piętnaste urodziny dostał od nich małą świnkę, która miała zastąpić mu przyjaciela; szybko się do niej przywiązał, zabierał ją ze sobą nawet do szkoły.
Gdy jego matka zmarła, ojciec pogrążył się w rozpaczy. Często zaglądał do kieliszka i opamiętał się dopiero gdy zauważył, że syn zaczyna nim gardzić. Jego ostatnią wolą było, aby Michael wstąpił do rady głównodowodzących, co też zrobił.
Od czasu śmierci ojca Michael ma oparcie jedynie w ukochanym zwierzaku. Współpracownicy cały czas kpią z niego i jego młodego wieku, za którym idzie zupełny brak doświadczenia. Mężczyzna wcale się tego nie wypiera, próbuje pomagać, jak tylko potrafi.
Gracz: Kaien / kirio1221@gmail.com
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)